wtorek, 21 marca 2017

Albania cz. II “góry przeklęte” [2014]

Thete, Góry Północnoalbańskie

Gór w Albanii nie trzeba specjalnie szukać, zajmują około dwie trzecie powierzchni kraju. Wyróżnić możemy trzy główne grupy górskie. Na pograniczu z Grecją, góry Pindos, na pograniczu z Macedonią system Szar Płaniny z najwyższym w kraju szczycie Korab oraz wybrane przez nas na samej północy, graniczące z Czarnogórą i Kosowem Góry Północnoalbańskie. Poetycko bywają również nazywane Alpami południowej Europy, natomiast autochtoni (co najbardziej przypadło mi do gustu) nadali im przydomek „gór przeklętych”. Nic dziwnego, wysokie, skaliste, dzikie i niebezpieczne musiały budzić wśród mieszkańców postrach.


Już wyjeżdżając z największego miasta w północnej części Albanii, Shkoderu i kierując się na północ do stolicy „wielkich gór” Kopliku, mogliśmy podziwiać otwierające się przed nami ramiona Gór Północnoalbańskich. Dość szybko docieramy do umówionego miejsca spotkania, miejscowości Boge. Przy pierwszym domu i zarazem pierwszym barze, siedzi i oczekuje nas Mundek. Uśmiechy, toasty i wymiana opowieści dotychczas doznanych przygód, zostaje przerwana przez przyjazd kolejnych dwóch samochodów na polskich rejestracjach z naszymi kompanami. Niestety ekipa czwartego samochodu jest wciąż w Polsce, z powodu awarii skrzyni biegów i ma dogonić nas już w górach. 


Popołudniowe godziny szybko mijają, nie dojdziemy już pieszo z dużymi plecakami do kolejnej miejscowości za przełęczą, nie kursują już dziś tam żadne busy, dlatego też postanawiamy wynająć we wsi vana, na nasze 13 osób. Po kilku rozmowach z miejscowymi i ich telefonach, udaje się załatwić takowy w cenie 100 eur. Wytężamy ruchy, gdyż kierowca straszy fatalną nawierzchnią drogi. Pakujemy plecaki na dach, a sami wygodnie usadawiamy się w środku busa. 





w 21014 roku droga była utwardzona do wysokości  przełęczy Buni i Thores 

Na przełęczy Buni i Thores (1673 m)

Asfalt szybko się kończy, ale przez kilka kilometrów przy naszej uciesze zastajemy dość szeroką i świeżo utwardzoną drogę. Niestety tuż przed przełęczą na poboczu stoją maszyny remontowe, a dalsza droga prezentuje to, o czym opowiadają przewodniki, miejscowi i kierowca. Droga jest bardzo wąska, jedziemy przyklejeni do skały, gdyż z drugiej strony jest przepaść. Z wrażania zapominam robić zdjęcia, ba! Nawet boję się przejść w busie na stronę gdzie widać „nic” tylko głęboką.. bardzo głęboką dolinę w dole. Z przełęczy Buni i Thores (1673 m) droga jest w o wiele gorszym stanie. Pomimo, że jedziemy z górki to kierowca musi się mocno natrudzić i nakręcić kierownicą, czasami biorąc zakręt na dwa razy, aby ominąć wystającą skałę. Ja, co chwilę oglądam się za siebie, sprawdzając czy jedzie jeszcze tato…tak tak, ten postanowił pojechać kawałek za nami, tzn. tyle ile się da. Okazuje się że i nasz samochód, pomimo wielu ostrzeżeń miejscowych i forów internetowych jest w stanie pokonać tą drogę. Oczywiście bez dodatkowych kilogramów w środku.


Po godzinie podskakiwania po kamieniach, prosimy kierowcę o krótką przerwę. Ta następuje właściwie z przymusu, gdyż z naprzeciwka nadjechał jeep i trzeba się zastanowić jak i gdzie najlepiej będzie się minąć. Ja z zadowoleniem w końcu wyciągam aparat J A jest już co podziwiać. Widoki niczym w naszych Tatrach, intensywnie zielone i dziewicze doliny, a w górze, na szczytach leży jeszcze pięknie odbijający się w słońcu śnieg.




Po ponad 2 godzinach i ok 25 km docieramy na miejsce, do wioski Thete. Tu już na nas czekają z otwartymi ramionami i proponują pole namiotowe. Trochę zdziwieni, odmawiamy płatnego miejsca i mówimy że od razu wychodzimy w góry. Zwarci i gotowi, zmierzamy za wioskę, a z racji, że się ściemnia rozbijamy się na pierwszej możliwej polance. Zaprzątnięci zbieraniem drewna na ognisko i już myśląc o obiedzie po całym dniu podróży, nawet nie spostrzegamy, że jesteśmy obserwowaniu przez młodych mieszkańców. Zamiast ogniska rozpaliła się dyskusja pod tytułem „jestem królem wioski i ta ziemia należy do mnie, dlatego też płacicie mi 20 euro za rozbicie namiotów”. 20 EURO?- dopytujemy z niedowierzaniem. Traktując sprawę na początku żartobliwie próbowaliśmy przekonać może 15 letniego biznesmena, iż nic na jego polanie nie zepsujemy i wszystkie kamienie i krzaczki zostaną na swoim miejscu…ponadto skąd mamy mieć pewność, że to naprawdę jego królestwo? Zszokowała nas też znakomita znajomość j. angielskiego ów młodzieńca, a koniec końców gdy przywołał do siebie braci i kuzynów daliśmy za wygraną i o 22.00 spakowaliśmy dobytek i ruszyliśmy wyżej...


Chodzenie nocą, nie jest komfortowe w nieznanym terenie. Szybko zgubiliśmy właściwe znakowanie, znajdując się przy rwącym potoku. Trochę szukania, wracania i ostatecznie przeskakiwanie na druga stronę rzeki, sprawiło że znowu podążaliśmy „właściwym” czerwonym szlakiem. Zmęczeni nocną wędrówką pod górę rozbijamy się w lesie. A właściwie rozkładamy śpiwory, bo miejsce jest tylko na jeden z pięciu namiotów. Nad ranem, po sprawdzeniu mapy, okazuje się że ów „właściwy” szlak wcale nie jest tym, na który pierwotnie planowaliśmy się wybrać (na Jezerce, najwyższy szczyt tych gór). Jesteśmy na trasie prowadzącej do doliny Valbone. Jeszcze krótka kontemplacja nad mapą i obieramy drogę podążanym już czerwonym szlakiem, mając nadzieje, że za kolejną przełęczą odbijemy w kierunku Jezerców. Wychodzimy zaledwie po skromnym śniadanku gdyż doskwiera nam brak wody. Mapa pociesza, pokazując iż za parę kilometrów będzie strumień. Na szczęście nie kłamie i jeszcze przed południem urządzamy sobie porządne, drugie śniadanie oraz z racji pięknie świecącego słońca decydujemy się na kąpiele. Woda jest lodowata. Przeszywa szczególnie skórę głowy tak mocno, że sprawia ból porównywalny z wyrywaniem włosów.

 








Po przeszło godzinie, pojedzeni i wypachnieni podnosimy plecaki i ruszamy w dalszą drogę.

Wg. mapy za ok dwie godziny osiągniemy kolejna przełęcz, a tuż za nią będzie kolejny strumień i nasze odbicie w kierunku wymarzonego szczytu. Po drodze spotykamy holenderska grupę z lokalnym przewodnikiem i ten ku naszym zdziwieniu nic nie wie o szlaku na szczyt...



Jak na poczatek czerwca jest bardzo ciepło, a wieczorem okazuje się iż nasza nierozwaga i brak kremu przeciwsłonecznego doprowadziła do poparzeń słonecznych. Na szczęście w pogotowiu był Panthenol 





Schodzimy w dół do doliny, wypatrując wydeptanej ścieżki. Jednakże jedyne co widać to ciemne chmury i mgła. Sytuacja wydaje się dość komiczna. Nad nami świeci ostre słońce, na niebie biegają białe chmurki po błękitnym niebie. Tylko wybrany przez nas kierunek jawi się podejrzanie i złowrogo. Szybciutko przebiegamy przez płaty śniegu które schowały się w zacienionej skale i już jesteśmy na kwiecistej lace. Razem z Ewelina i Konradem wyszliśmy sporo przed grupa i postanawiamy wykorzystać czas na ugotowanie obiadu. Gdy kończymy, nadchodzi kompania. Po dłuższej obserwacji ciemnego nieba, postanawiamy odłożyć wędrówkę ku zasypanej śniegiem przełęczy na następny dzień. Znajdujemy idealne miejsce na namioty i wykorzystujemy resztę dnia na kąpiele i leniuchowanie;) 














Wraz ze świtem następnego dnia, zmobilizowani ruszamy do góry. Nawigacja jest dość utrudniona z powodu braku znaków, które znajdują się pod śniegiem. Ten jest mocno ubity, ale mokry i śliski co nie ułatwia poruszania się w górę. Po pewnym czasie wchodzimy w mgłę i jak kaczuszki człapiemy jeden za drugim. Po 2 a może 3 godz. stajemy na przełęczy. Okazuje się ze dalej bez raków, a może i czekana byłoby zbyt niebezpiecznie poruszać się. W górach jest jeszcze zbyt dużo śniegu i wysokość 2700 zamienia się w zimowe wejście. Widoków nie ma zbyt dużo, wiec po serii czekolad i kabanosów zjeżdżamy z powrotem do zielonej doliny. Ci w większymi stopami wygrywają wyścig, wykorzystując je jako narty ;) nawet nie wiem kiedy ze śniegu wpadamy w kwiaty i ta sama droga zarządzamy odwet w kierunku Thete.









Nocleg zaplanowaliśmy na mijanej polanie, ok 2 godz. od wioski. Przy wieczornym ognisku udaje się pośpiewać ulubione piosenki i po spożyciu cudem ocalonej do tej pory nalewki grzecznie zasypiamy.








Przychodzi czas na zejście do wioski, która nie przywitała nas miło. Chcemy ją szybko pozwiedzać, odnaleźć tatę i ruszać w kierunku domu. Miejscowość urzeka samym położeniem nad wartkim, krystalicznie czystym strumieniem, na tle wysokich gór. Zadziwiło mnie że każdy z domów jest solidnie ogrodzony, wyższym lub niższym płotem. Wędruję się bardzo wąskimi pasami pomiędzy płotami.









Na tatę napotykamy się szybciej niż się spodziewaliśmy. Jako że spędził tu dwa dni, poleca warte zajrzenia zakątki i umawiamy się po drugiej stronie strumienia na południu wioski. Zaczynamy od kamiennego, pokrytego gontem kościoła katolickiego z XIX wieku, następnie ścieżką obok wieży odosobnienia trafiamy do młynu wodnego. Wartkim krokiem, wzdłuż szafirowej wstążki wody zmierzamy do zachwalanego wodospadu Grunas. Po drodze gubimy jednak drogę i przy pomocy mieszkańców  trafiamy na „kładkę” prowadzącą nas na drugą stronę potoku. Kładka, jest dość specyficzna i nie każdy odważyłby się przejść. Są to dwie grube metalowe rury. Nie ma żadnej poręczy, jest nie równa i doskonale przez szparę widać rwący, głośny potok :D   






Tu też spotykamy pozostałą część wędrowników i ku wielkiemu naszemu zaskoczeniu pojawiają się ekipa z czwartego „zepsutego” samochodu. Jeszcze większe nasze zdumienie, gdy słyszymy od nich że udało im się nadrobić stracony czas na naprawę i podeszli właściwym szlakiem w okolice Jezerców.

Ostatnie uściski i tu się rozstajemy. Tato który dotarł tu samochodem zdecydował, że wrócimy do Shkodry inną, okrężna i ponoć lepszą drogą. 

Jak się później okazało była to najgorsza decyzja podczas całego wyjazdu. Zamiast 70 km zafundowaliśmy sobie 130 km fatalnej drogi. Owszem widoki po drodze, głęboki na 40 m wąwóz Grunas, czy czarujące kaskady wodne i kotły eworsyjne przy rozlewisku Czarnej Studni  były przepiękne, ale cud że tą drogę pokonaliśmy z tylko naderwaliśmy tłumik.


wąwóz Grunas 

rozlewisko Czarnej Studni

rozlewisko Czarnej Studni

rozlewisko Czarnej Studni

rozlewisko Czarnej Studni


Po drodzę były nawet jakieś miejscowści (Nicaj-Shale, Kir) składające się z paru domów rozrzuconych na wzgórzach. Jednakże więcej było przydrożnych krzyży i tabliczek z wypisanymi nazwiskami zmarłych. Trasę w dużej mierze pokonaliśmy pieszo, odciążając samochód lub wskazyjąc drogę pomiędzy wystającymi żyłami skalnymi. Bojąc się że zastanie nas noc „pędziliśmy” 30 km/h co czasami wydawało się prędkością zabójczą i prosiłam tatę żeby zwolnił… koniec końców po paru, 7-8 godzinach pojawiła się utwardzona droga i asfalt. Zastanawiając się pomiędzy szukaniem mechanika, a restauracją, zadecydowały nasze żołądki, które po ostatnim porannym posiłku głośno domagały się swojego. Posileni po ciężkiej drodze, postanowiliśmy trochę skrócić zaplanowaną trasę powrotną do Polski ze względu na nie znany stan samochodu.
Subaru wydawało odgłosy niczym samochód sportowy, ale co najważniejsze jechałoJ Przed nami Czarnogóra, która kompletnie nas zaskoczyła, ale to już inna historia…








1 komentarz: